Dzień swądu

Nie ma tutaj dynamiki, różnorodności i klimatu takiego "Huntdown", które mam za benchmark współczesnych retro shooterów. Mało tu pomysłowości, jakby brakło ochoty, czystej chęci na przesunięcie
Prawdę powiedziawszy, rzadko chcemy tak naprawdę przeżyć coś jeszcze raz, bo nie sposób powtórzyć tamtych emocji, powrócić do tamtych dni, zaznać tamtych podjar. Stąd comebacki do tego, co niegdyś kochaliśmy, bywają bolesne. To powiedziawszy, mając świadomość, że nostalgia potrafi nieźle namieszać człowiekowi na strychu, bywały chwile faktycznie tak piękne, jakimi je zapamiętaliśmy. Weźmy domowe seanse z Arnoldem Schwarzeneggerem, który jako przybyły z przyszłości robot T-800 raz próbował zabić, a raz ocalić jedyną nadzieję ludzkości. Brr. Ciary.



Studio Bitmap Bureau bezczelnie sięgnęło po spuściznę lat dziewięćdziesiątych, nie tylko wykorzystując licencję "Terminatora 2: Dnia sądu", ale i stylizując swoją grę na tytuł z początku tamtej dekady, od strony wizualnej aż do samego gameplayu. Iluzja ta jest, trzeba przyznać bez bicia, perfekcyjna. Nie ma oczywiście sensu porównywać omawianego tytułu z towarzyszącymi premierze filmu Jamesa Camerona adaptacjami na Amigę i konsole Segi i Nintendo, bo tutaj możliwości były zdecydowanie szersze, a i Mike Tucker, głównodowodzący projektem, ma świadomość, co chwyci. Dlatego też "Terminator 2D: No Fate" skupia się na tych najbardziej charakterystycznych i najmocniej utrwalonych sekwencjach z kinowego ekranu, resztę traktując po macoszemu, przez co prześledzenie fabuły może sprawić trudności tym, którzy jakimś cudem filmu nie oglądali. Powiedzmy sobie szczerze: to nie dla nich jest ta gra. I nigdy nie miała być.



Odnajdą się tutaj zapaleńcy, znający "Terminatora 2" na pamięć, potrafiący docenić te drobne akcenty jak T-1000 przeszywający facetowi łeb palcem albo niby-Arnold (niestety, twórcom nie udało się zabezpieczyć prawa do wizerunku aktora; reprezentuje go na miniaturce randomowy endoszkielet) mistrzowsko repetujący strzelbę podczas jazdy na motocyklu. Ponadto gra oferuje dodatkowe poziomy, osadzone jeszcze przed napisami początkowymi i już po napisach końcowych filmu, ilustrujące szczegóły, o których na ekranie tylko się mówiło. Wydłuża to i tak boleśnie krótką rozgrywkę (jeśli się dobrze zakręcicie, na standardowym poziomie trudności domkniecie całą sprawę w plus minus godzinę) o levele, w których Sarah Connor walczy o syna i zapobieżenie przyszłym tragediom, a dorosły już John wojuje przeciwko żołnierzom Skynetu.



Gameplay różni się nieco zależnie od postaci, którą sterujemy. Sarah jest szybka, zwinna, etapy z jej udziałem zwykle zawierają jakiś bajer i element taktyczny. Musimy choćby podkładać bomby i pędem planować, którego przeciwnika zdjąć teraz, a którego zaraz, otwierać zamki i chować się przed T-1000. John z kolei urwał się z "Contry"; to jednoosobowa machina wojenna, dysponująca nie małym pistolecikiem, ale kilkoma trybami strzału z broni laserowej i granatami. Co ciekawe, to też najbardziej interesująca postać, z najlepiej zaprojektowanymi poziomami, gdzie i postrzelamy, i trochę poskaczemy. Mamy również T-800, ale, przynajmniej podczas pierwszego przejścia, jest go jak na lekarstwo. Barowa bójka i etap motocyklowy, gdzie walimy do ciężarówki, jednocześnie omijając przeszkody, to za mało. Szczęśliwe "Terminator 2D: No Fate" przy kolejnych rozgrywkach oferuje alternatywne scenariusze, pozwalające na zmianę biegu fabuły. Daje to dostęp do nowych miejsc i kultowych scen, ale pojawia się pytanie: czy chce się grać tyle razy?



Nie ma konkluzywnej odpowiedzi. Mowa bowiem o solidnym, szybkim, prostym i przyjemnym tytule, który jest hołdem nie tylko dla konkretnego filmu, ale i dla konkretnej epoki. Jednocześnie nie jest to gra, która ma zbyt dużo do zaoferowania. Owszem, twórcy starają się żonglować różnymi dostępnymi trybami poza fabularnym, budując złudzenie obfitości i, damy na to, pozwalając powalczyć z bossami albo rozegrać samodzielny, konkretny poziom, lecz sam rdzeń zawodzi oczekiwania, może niepotrzebnie wyśrubowane. Nie ma tutaj dynamiki, różnorodności i klimatu takiego "Huntdown", które mam za benchmark współczesnych retro shooterów. Mało tu pomysłowości, jakby brakło ochoty, czystej chęci na przesunięcie bezpiecznej granicy, danie graczom czegoś zaskakującego, wyniesienie całości na poziom "wow". Zbyt surowo byłoby powiedzieć, że "Terminator 2D: No Fate" to pójście po linii najmniejszego oporu, bynajmniej, ale jednak nasze wspomnienia zasłużyły po prostu na coś więcej niż zaledwie porządny tytuł.
1 10
Moja ocena:
6
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?